piątek, 25 listopada 2016

Kartka historii Polski z lubelskiej Bychawy

Słowo komentarza:

 Na blogu: "Nasza Najjasniejsza Rzeczypospolita" z reguły zamieszczam teksty własne. Tu jednak czynię uzasadniony wyjątek. Zaistniała konieczność przepisania artykułu , zamieszczonego w "Głosie Ziemi Bychawskiej", wydrukowanego zbyt małą czcionką a więc  zupełnie nieczytelną dla Bohatera tego artykułu , liczącego już sobie dzisiaj 93 lata, mjr. Jerzego Chmielewskiego. Zawsze wytężał wzrok i mocno wpatrywał się 
w te mysie literki, że aż żal było na to patrzeć...A przy okazji wydawcy ksiązek i gazet: miejcie to na uwadze
i miast oszczędzać na papierze i czcionce  - szanujcie wzrok Czytelników.
    Artykuł jednak odsłania tak piękne karty historii z walk Harcerstwa  oraz AK i NSZ oraz odsłania kulisy, z kim tak naprawdę walczyły oddziały GL i AL - że wprost powinnością stała się konieczność udostępnienia tej publikacji szerszemu Gronu Naszych Czytelników. 

Życzę przyjemnej lektury...
Stanisław J. Zieliński

2010-05-04
                      
 Głos Ziemi Bychawskiej.                          
                                                            Autorka publikacji
Maria Dembowczyk  

Wszystko dla Polski

 10 kwietnia 2010...
... i czarny tydzień Żałoby Narodowej zostanie wpisany już na zawsze w chronologię narodowych tragedii. 


   Traumatyczny wstrząs wyzwolił w Polakach solidarność, współczuwanie i jedność. Czy również refleksje; co dziś z Polski jest Polską?, Quo vadis, Polsko, narodzie w zdecydowanej większości katolicki? 

   Te i inne mnożące się pytania rozstrzygniemy sami, żyjący, już bez Nich, których śmierć na zawsze będzie się kojarzyć łącznie z Katyniem – Smoleńskiem. 

    Z tą świadomością żyjący będą zapełniać i organizować przestrzeń publiczną i polityczną Polski. Wrzucając głos do urny w wyborach prezydenckich poczujemy na sobie uważny wzrok Historii, o której mówi się, że jest nauczycielką życia. Nie cofać się przed ofiarą życia (fragment wypowiadany jako uzupełnienie ślubowania Szarych Szeregów) Przyznaję, że obserwując reakcję rodaków na Tragedię Smoleńską, przyłapałam się na wzruszeniu jakby ubocznym; oto setki młodzieży i dzieci w harcerskich mundurkach, wśród tysięcy oczekujących na Placu Piłsudskiego i przed Pałacem Prezydenckim w Warszawie. Ustawiających znicze i usuwających wypalone, czuwających nad porządkiem. Alert trwał. I trwała lekcja patriotyzmu i historii.

  Może nie do końca zrozumiała dla tych młodych, którzy przecież na co dzień żyją w kręgu innych problemów. Tak było również w innych miastach. W Lublinie przed Ratuszem i na Placu Litewskim. Myślą cofam się do pięknych kart historii ruchu zuchowo-harcerskiego w Polsce. Idea skautingu zapoczątkowana w Anglii przez gen. Baden Powella na przełomie 1907-1908 roku szybko zyskała naśladowców w świecie. W Polsce trafiła na podatny grunt w zaborze austriackim, dzięki działającym tu legalnie stowarzyszeniom: „Sokół”, „Zarzewie” i in. Inicjatorem pierwszych drużyn skautowych we Lwowie byli por. Andrzej Małkowski z żoną Olgą wspierani przez Kazimierza Żurawskiego. Małkowski zauroczony ideą skautingu, tłumacz z angielskiego książki Powella, odkrył, że proponowany przez skauting system wychowania świetnie można przystosować do polskiej specyfiki. W duchu rozbudzenia w młodzieży chęci włącznie się do walki o niepodległość.

   Pierwsze drużyny powstawały w 1911 roku, w tym samym czasie trwały już kursy i wyszedł pierwszy numer „Skauta”. W Lublinie organizacje skupiające uczniów kilku szkół m. in.: im. Staszica, im. Vetterów, zaczęły działać w maju tegoż roku. W 1913 roku polskich skautów zaproszono na zlot do Birmingham w Anglii, gdzie mimo protestów przedstawicieli władz zaborczych, nasi skauci wystąpili pod biało-czerwoną flagą, co odczytano jako manifestację polskiej narodowości. Przyjęto w 1913 roku odznakę harcerzy zaprojektowaną przez ks. Kazimierza Lutosławskiego. Niestety, w dwu pozostałych zaborach harcerze – ta nazwa zastąpiła dawnych skautów – zmuszeni byli przejść do konspiracji.

   Pod przykrywką przygody, sportu i turystyki trwało wychowanie i organizowanie aktywności patriotycznej.
 
 Danina krwi i życia.


   W pierwszej wojnie światowej harcerstwo poniosło niepowetowane straty. Odeszło wielu pasjonatów i instruktorów ruchu. Wśród nich jego twórca Andrzej Małkowski. Okręt, którym płynął jako łącznik 
do szczególnych poruczeń z rozkazem do gen. Hallera wyleciał w powietrze na minie, do zdarzenia doszło w Cieśninie Messyńskiej. W listopadzie 1918 roku odbył się w Lublinie zjazd zjednoczeniowy obradujący w budynku dzisiejszego Teatru im. Osterwy, co upamiętnia tablica wmurowana w boczną ścianę. Powstały w wyniku zjazdu ZHP skupiał raczej młodzież miejską o nastawieniu narodowym, na czele z przewodniczącym Tadeuszem Strumiłło i gen. Józefem Hallerem. Już wkrótce ponownie wielu harcerzy zdawało praktyczny egzamin z patriotyzmu, stając w obronie Lwowa i w wojnie polsko-bolszewickiej. 

    Dotychczasowa ideologia, 
w przewadze oparta na samo- wychowaniu, utrzymywała się do początku lat 30-tych. Potem harcerstwo polskie zaczęło skłaniać się 
ku propaństwowości, przy czym zarysował się podział na harcerstwo katolicko-narodowe i lewicowe.

 Ze wspomnień Jerzego Chmielewskiego, urodzonego w Bychawie w roku 1924, obecnie mieszkańca Gdańska.

   Ojciec mój, Józef, uczestniczył 
w I wojnie światowej na froncie wschodnim i został ranny. 
Jako inwalidzie władze zaproponowały mu przydział ziemi, z którego zrezygnował, postanowił zaś zająć się handlem. 

   Po otrzymaniu koncesji na wyszynk 
i sprzedaż napojów alkoholowych otworzył restaurację, którą prowadził w latach 1923-1935 w Bychawie. Kiedy moje rodzeństwo ukończyło tutaj szkołę powszechną, rodzice postanowili przenieść się do Lublina, gdzie brat 
i siostra mogli kontynuować naukę 
w gimnazjum, ja zaś uczęszczałem do Szkoły Powszechnej nr 9 i tu należałem do 13 drużyny harcerskiej. Restaurację w Bychawie ojciec wydzierżawił Węcławiczowi nazywanemu „Faja/Fojka”. W Lublinie ojciec, członek Związku Inwalidów Wojennych oraz Kaniowczyków i Żeligowczyków na wszystkie uroczystości państwowe zakładał galowy mundur oficerski. 
   

   Wrócę do działalności harcerskiej, 
w którą ja i moi koledzy byliśmy bardzo wciągnięci. Uczono nas patriotyzmu. Była to jedyna szkoła, która po śmierci Marszałka J. Piłsudskiego nosiła czarne chusty i opaski żałobne naszyte na liczbę 13 – ulubioną przez Niego, jak i na krzyż harcerski. 

   Wiele czasu spędzaliśmy w terenie, ucząc się w czasie zbiórek w lesie,
w Dąbrowie, podchodów i walk 
z drużyną pozornych przeciwników. 
W szkole i w harcerstwie przywiązywano uwagę do nauki pieśni polskich śpiewanych przy ognisku.
 A opiekowali się naszymi drużynami oficerowie w stanie spoczynku oraz instruktorzy harcerstwa starsi od nas.


    Gdy wybuchła wojna, ojca zwolniono z pracy, postanowił więc wrócić do Bychawy i przejąć koncesję na prowadzenie restauracji. Mieściła się początkowo przy herbaciarni prowadzonej przez siostry zakonne, później w budynku dawnej siedziby gminy, kiedy jej władze przeniosły się do nowego obiektu. Zarówno 
w Lublinie jak i w Bychawie moja rodzina, jak i wielu kolegów utrzymywała kontakt z organizacją niepodległościową. Przydało się teraz to, czego nauczyłem się w harcerstwie – roznosiliśmy nielegalną prasę, znaczki, utrzymywaliśmy łączność 
z poszczególnymi dowódcami placówek partyzanckich. Będąc młodzieńcem, nawiązałem kontakt przez komendantów rejonowych z organizacją Narodowe Siły Zbrojne w Kraśniku oraz w Zakrzówku, gdzie dowódcą oddziału partyzanckiego był porucznik 
o pseudonimie Placek (nazwiska nie pamiętam). Dostarczyłem mu 6-7 skrzynek amunicji do kbk, które pozostawiło nasze wojsko wycofując się przed Niemcami. Z braku transportu żołnierze ukryli amunicję na cmentarzu przy ulicy Lipowej, o czym wiedziałem ja i kilku kolegów. Postanowiłem zorganizować przewóz amunicji do Bychawy, aby przekazać ją oddziałowi partyzanckiemu. 

   Nadarzyła się okazja – pewien gospodarz z okolic Bychawy wracał furmanką z Lublina do domu. Zwołałem kolegów, załadowaliśmy skrycie towar na wóz, gospodarzowi zaś powiedziałem, że wiozę drożdże na wypiek, które trzeba dzisiaj dostarczyć. 

   W Lublinie była też moja siostra, która zrobiła zakupy niezbędne dla restauracji. Gospodarz, nieświadomy tego co wiezie, był zaskoczony ciężarem drożdży, ale uspokoiłem go, że dodatkowo wiozę gwoździe, o co prosił mnie właściciel sklepu żelaznego. Były to skrzynki z blachy cynkowej owinięte w biały papier, około 30-35cm długie i 20-25cm szerokie. Naboje do karabinów pakowane były w kartoniku po 12 czy 15 sztuk. Wszystko przykryte słomą a ta kocami. Na pierwszym siedzeniu siedziałem ja i woźnica, na drugim moja siostra Marysia z koleżanką. 

   Jadąc od cmentarza przy ulicy Lipowej Nową Drogą w kierunku dworca, przez Plac Bychawski, natknęliśmy się na Niemców kontrolujących wozy. Na cofnięcie się było już za późno. Obleciał mnie strach, gdy do wozu podszedł niemiecki żandarm. Marysia, która ukończyła gimnazjum Czarnieckiej w Lublinie 
i znała język niemiecki, pozdrowiła go w tym języku i wesoło poinformowała, że wiezie zaopatrzenie do restauracji 
w Bychawie, którą prowadzi 
z rodzicami, i oczywiście zaprasza, żeby nas odwiedził będąc w Bychawie. Obyło się bez rewizji. Minęliśmy Dąbrowę, gdy zaczęło się ściemniać. Po przyjeździe do Bychawy skrzynie ukryliśmy na strychu restauracji. Szybko zawiadomiłem oddział i wkrótce przyjechał Placek z ludźmi. Zajechali od podwórza i weszli do pokoiku od strony kuchni. Partyzanci rozgościli się, zdjęli palta, które przykrywały ich wojskowe mundury. Marysia poczęstowała ich herbatą, podała coś do jedzenia. Przy świetle naftowych lamp toczyła się rozmowa. Nagle usłyszeliśmy głos Niemca wołającego „Marysień!” dochodzący najpierw z sieni, potem słyszany w kuchni. Marysia chwyciła lampę ze stołu, uchyliła lekko zasłonę i wyszła mu naprzeciw. Dodam tu, że niemieccy żandarmi stacjonujący w Niedrzwicy, wiedzieli, że rozmówić się i ewentualnie coś zjeść i wypić, mogli tylko po uprzednim porozumieniu się z moją siostrą, ewentualnie ze mną, choć słabiej znałem język. Nie zdarzyło się dotąd, aby żandarmi przyjeżdżali w godzinach wieczornych, co wzbudziło nasze podejrzenie. 

   Gdy Marysia obsługiwała Niemców 
w sali restauracyjnej, partyzanci ukryli się na strychu, do którego wejście prowadziło schodami z sieni. Wszyscy podejrzewali, że może to być jakaś wsypa. Wszystko jednak skończyło się dobrze. Następna dostawa amunicji, tym razem 9 mm do pistoletów, którą zorganizowałem, pochodziła ze zrzutów spadochronowych. Jeden z nich przypadkowo spadł na podwórze obejścia zagrody ojca mojej koleżanki Halinki. Była to skrzynia zawierająca około 2600 sztuk naboi. Tę amunicję przekazałem do oddziału Nerwy (Rokickiego) AK, w którym byli moi koledzy: Wacek Luterek ps. Vis, T. Limanowski, T. Malinowska i inni z Bychawy. Wszystko dla Polski (cz. 2) Maria Dębowczyk Harcerstwo Konspiracyjne (1939-1946) wsparciem dla wojskowego podziemia. 

    Przedwojenne różnice i i podziały polityczne w ruchu harcerskim na narodowo-katolickie i sanacyjne straciły swoja ostrość, choć nie zanikły w nowych tragicznych okolicznościach Września 1939 roku. Konspiracyjne już teraz Szare Szeregi skupiały harcerzy raczej o poglądach sanacyjnych i lewicowych, utworzone zaś od 27 października 1939 roku Harcerstwo Polskie (HP) w swoich założeniach programowych ogłaszało się ruchem narodowym ( nie przyjmowano do HP nie Polaków) i  ruchem chrześcijańskim. Rzeczywistość wojny i okupacji nakazywała jednak często odstępstwa od tych zasad. Dopisywała nie przewidywalny scenariusz tragedii 
i grozy. 

   Solidarność ludzka nakazywała harcerzom działającym m. in.
przy klasztorach ukrywanie dzieci żydowskich czy nieść pomoc przy ich przerzucie z getta.

  Starsi harcerze weszli do konspiracji wojskowej, młodsi do służb pomocniczych – w łączności, opiece społecznej, służbie samarytańskiej. 
     

     Jako „gońce”,sanitariusze wspomagający rannych i ich rodziny. Chłopcy i dziewczęta przejęci rolą konspiratorów wykonywali rozkazy często narażające życie – nosili 
i ukrywali broń i amunicję, rozpoznawali teren dla potrzeb partyzantów, prowadzili mały sabotaż, pomagali więźniom. Niestety za swój czynny patriotyzm wielu z nich straciło życie. Oto dwa wymowne przykłady 
z najbliższego nam Lublina: podczas obrony Boholanum Niemcy rozstrzelali 6 harcerzy, w tym 12-letniego Henia Bednarzewskiego. Aresztowano niezwykle poświęconego idei harcerstwa charyzmatycznego hufcowego, Stanisława Moskwę, współpracującego z wojskowym podziemiem. Więziony i torturowany
na Zamku, następnie wywieziony 
do Auschwitz, zginął śmiercią męczeńską. Warto wiedzieć, że pierwszą polską akcję zbrojną zorganizowali właśnie harcerze – gimnazjaliści z okolic Tarnopola. W styczniu 1940 roku odważyli się na próbę zbrojnego odbicia 1200 polskich żołnierzy uwięzionych przez NKWD, by umożliwić im ucieczkę w stronę granicy. Ponad 20 uczniów rozstrzelano a ponad 50 podzieliło los zesłańców do łagrów z 10 -letnimi wyrokami. 

    Z harcerstwa wywodził się słynny dowódca oddziału partyzanckiego „Zapora”, działający na Lubelszczyźnie, w tym także w podbychowskich wsiach. O tym niezwykłym
„niepodległościowcu” będzie mowa 
w innym miejscu. 

    Organizacje i grupy konspiracyjne 
 w Okręgu Lubelskim Okręg Lubelski obejmował teren utworzony 
w listopadzie 1939 roku dystryktu lubelskiego i odpowiadał obszarowi przedwojennego województwa lubelskiego, z wyłączeniem powiatu siedleckiego i łukowskiego, 
a przyłączeniem 9 gmin powiatu garwolińskiego i województwa lwowskieg
(Za J.Caban , Ludzie lubelskiego okręgu Armii Krajowej, Lublin 1995).

    Już w I połowie 1940 roku działało 
w okręgu około 100 placówek Związku Walki Zbrojnej, skupiających około 
2 tysięcy członków. Wkrótce jednak wielu z nich , rozpracowanych przez Gestapo, i na skutek uwięzień i śledztw, zmuszonych było do pewnego manewru taktycznego, polegającego na włączeniu się w działalność konspiracyjną Batalionów Chłopskich (BCH), Polskiej Organizacji Wojskowej (POW), Narodowej Organizacji Wojskowej (NOW). ZWA podlegały Naczelnemu Wodzowi i Rządowi na Uchodźstwie 
i stawiał sobie za cel udział 
w wyzwoleniu Polski i odbudowie państwa przez powstanie powszechnych sił zbrojnych. Niebezpieczeństwo na ZWZ czyhało zarówno w niemieckiej jak i sowieckiej strefie okupacyjnej.

    Zdecydowano o szeroko zakrojonej akcji scaleniowej. W lutym 1942 r. ZWZ, liczący wówczas 380 tysięcy żołnierzy, przemianowano na Armię Krajową. W jej skład w wyniku wcielenia , podporządkowania lub dobrowolnego wstąpienia - weszło ponad 100 różnych grup i organizacji konspiracyjnych. AK skupiała w swoich placówkach wielu podoficerów i oficerów służby stałej i rezerwistów, inteligencję - nauczycieli i urzędników, ale także – lekarzy, ziemian, rzesze mieszkańców wsi i miasteczek. 
 Na Lubelszczyźnie była najdłużej działającą i najliczniejszą organizacją konspiracyjną. Od stycznia 1943 r. - w ramach AK utworzono Kedyw (Kierownictwo Dywersji). Wówczas AK przystąpiła do organizacji oddziałów partyzanckich. Zrzuty powietrzne zaczęto odbierać dopiero 
od początku 1944 roku, łącznie 
w okręgu lubelskim otrzymano 23 – 25 zrzutów. W tym m. in. pistolety typu sten,rusznice przeciwpancerne, materiały wybuchowe ( miny, spłonki, granaty), amunicją, sprzęt saperski, radiostacje, umundurowanie. Konspiracja antykomunistyczna „Trzeba wspomnieć wszystkich zamordowanych rękoma także polskich instytucji i służb bezpieczeństwa, pozostających na usługach systemu przyniesionego ze Wschodu.

 (…) przypomnieć przed Bogiem i Historią, aby nie zamazywać prawdy naszej przeszłości” Jan Paweł II 

    Zacznijmy od przytoczenia opinii śp. Janusza Kurtyki, prezesa IPN-u, który zginął w katastrofie smoleńskiej: 

"czyn zbrojny i antykomunistyczna działalność w imię niepodległości po II wojnie światowej funkcjonują w społecznej świadomości w stopniu niedostatecznym, i często w sposób zafałszowany. (…) 
   
   Większość żołnierzy i wszyscy dowódcy podziemia zaczynali służbę 
 w latach 1939 – 1940. Dla nich wojna trwała często około 10 lat i nie skończyła się w maju 1945 r. 4 stycznia 1945 r. ostatni komendant AK gen. Leopold Okulicki podjął niezwykle trudną, ale konieczna decyzję 
o rozwiązaniu organizacji. Decyzja podyktowana wzmożonym terrorem ludności polskiej przez NKWD, a zwłaszcza podejrzewanych 
o działalność niepodległościową na ziemiach opuszczonych przez Niemców. Mimo zwolnienia ze złożonej przysięgi nie wszyscy akowcy złożyli broń.
   

    Na Białostocczyźnie, Lubelszczyźnie i we wschodnim Mazowszu działały nadal, do przełomu 1946 i 1947 oddziały partyzanckie, dla których miejsce ucieczki przed sowieckimi represjami był las, a zapleczem polska wieś. „Zapora”, „Łupaszko”, „Ząb”, „Szaruga”, „Cichy”, „Uskok” - to tylko kilka pseudonimów dowódców niepodległościowej partyzantki Niezłomnych, wiernych Polsce, naprawdę niepodległej, ale jednocześnie wyklętych i represjonowanych przez tuż powojenne władze polskie, uznające służbę sowieckiemu systemowi za patriotyzm.


    Członków AK (zapluty karzeł reakcji) , WIN-u czy NSZ-u uznawano za bandytów i zdrajców w służbie Zachodu. Wobec faktu, że jednak czwarta część Polaków poparła, mimo to,nowy prosowiecki układ polityczny wiążąc z nim nadzieje na pewne zmiany społeczne, socjalne - doszło do wojny domowej. Gwardia Ludowa, Armia Ludowa kojarzone z PPR , zał. 5.01.42 r. kontra akowcom i członkom z innych grup niepodległościowych.
Sprostowanie W pierwszym odcinku: „Wszystko dla Polski” mylnie podano nazwisko T. Limanowski zamiast T. Malinowski.

Wspomnienia Jerzego Chmielewskiego ...obecnie mieszkańca Gdańska, podczas okupacji mieszkającego w Bychawie, w której ojciec Józef prowadził restaurację. 

 Autentyzm wspomnień Pana Jerzego znajduje potwierdzenie w książce historyka polskiego Marka Jana Chodkiewicza , wykształconego 
i mieszkającego na stałe w USA 
w Waszyngtonie. Do tej książki: „Narodowe Siły Zbrojne „Ząb” przeciw dwu wrogom”powrócimy w następnym odcinku cyklu: „Wszystko dla Polski”. Zacytujmy fragment: „11 maja ( 1944 roku przyp. M.D) podporucznik Kazimierz Makarewicz („Ostroroga”)wraz z dwoma 
AK-owcami z Bychawy przewozili do oddziałów świeżo zakupioną amunicję ze zrzutów. Po drodze , w okolicach Józwowo, niepodległościowcy zostali porwani przez patrol z oddziału AL „Cienia”. „Ostroroga” przechytrzył jednak strażników i uszedł unikając
w ten sposób śmierci. W rękach komunistów pozostało dwóch żołnierzy AK oraz furmanka z amunicją i zapatrzeniem dla oddziałów NSZ.” Jednym z tych pojmanych był właśnie Jerzy Chmielewski. Wymieniony przez Chodkiewicza „Ostroroga” , to podporucznik Kazimierz Makarewicz, weteran wojny 1920 r. Uciekł z domu, gdy aelowcy napadli na jego majątek i przystąpił do NZS „Zęba”, który mianował go oficerem zaopatrzeniowym oddziału „Cichego”. „Cień” to Bolesław Kowalski, dowódca AL działający w obrębie Zakrzówka – Kraśnika, sprawca śmierci Wincentego Jankowskiego, ostatniego właściciela Józwowa, który zginął wraz ze swoim ogrodnikiem Ubogórskim za współpracę z organizacjami niepodległościowymi. 

   „Cień” w czerwcu 1944 r. awansował go do stopnia porucznika AL, a wkrótce odznaczono go Krzyżem Grunwaldu (!) Służył w MO i w Ludowym Wojsku Polskim, utrwalając system komunistyczny w Polsce. A oto relacja – wspomnienie Jerzego Chmielewskiego:

    „Następną dostawę amunicji i broni kupiliśmy z porucznikiem Makarewiczem od pracownika majątku Budnego, który twierdził, że też ją od kogoś kupił. Przy okazji przyjazdu po odbiór amunicji porucznik powiedział, że chce się ze mną widzieć „Ząb” Zub -Zdanowicz, który stacjonuje obecnie 
w majątku Józwów. Podobno chodziło o awans dla mnie. Możliwość wyjazdu 
z Bychawy na jakiś czas odpowiadała mi również z innego powodu. 

   Syn woźnej gminy Michałowej został przyłapany przez wójta na próbie podkradania druków kennkart, a robił to na polecenie członków z placówki Jacuniaka ps. „Młot”. Chłopak tym razem uciekł, ale matka i ludzie 
z organizacji obawiali się , że zostanie schwytany i będąc zmuszony wyzna, 
na czyje polecenie to robił. 
Dlatego zabrałem go ze sobą na furmankę załadowaną zamaskowanym sprzętem. W pewnej odległości przed skrętem na drogę prowadzącą do dworu w Józwowie wyjechało kilka furmanek z partyzantami, kilku obok jechało na koniach wierzchowych. Przeprowadzili rewizję naszej furmanki, a jeden z nich rozpoznał porucznika Makarewicza jako kuzyna mjr. „Zęba”, choć porucznik kategorycznie zaprzeczył, że w ogóle zna „Zęba”.Spytali, czyja to amunicja. Zapadła cisza. Postanowiłem skłamać, nie ufałem im, choć nie widziałem, jaki to oddział. 




   „Jestem z BCH ( BCH było zielone i czerwone) , wiozę amunicję 
na placówkę, bo w Bychawie ma być podobno obława, a tego pana - tu wskazałem na porucznika – nie znam, bo przysiadł się do nas po drodze.”Ostroroga” skwapliwie sam to potwierdził. Związano nam ręce paskami od spodni i ruszyliśmy wszyscy na wozach, woźnicę zaś wypuszczono. 

   Po ujechaniu 6 - 7 kilometrów padły w naszą stronę strzały. Wszyscy zeskoczyliśmy na ziemię. Upadłem 
do niedużej koleiny i udało mi się rozwiązać. Zauważył to jeden z nich 
i zabrał mi pasek, jak mówił, od jego spodni. 


   Na pytanie, z czyjego są oddziału, usłyszałem, że g...mnie to obchodzi.”Pytam, bo mogę znać waszego dowódcę – powiedziałem chcąc go jakoś udobruchać. Gdy usłyszałem”Cień”, powiedziałem: „O chodziłem z nim do tej samej szkoły.”Prawda była taka, że „Cień” Kowalski chodził do Szkoły Spółdzielczej w Zakrzówku w 1941 r., a ja do takiej samej w Bychawie w 1942 r. Dowiedziałem się, że „Cienia” tu z nimi nie ma, ale jest jego zastępca „Przepiórka”(Edward Gronczewski, członek GL (AL) – [przypis M.D). Korzystając z nieuwagi mojego rozmówcy, pomogłem rozwiązać się porucznikowi „Ostrodze” ,który zwinnie zeskoczył z wozu i uciekał w lewą stronę. Strzelało za nim dwu alowców 
z pepeszy, ale nie wychylali się 
za bardzo, żeby nie oberwać od tych, którzy strzelali od strony budynków. „Przepiórka” rozkazał  - wskazując na nas dwóch -  „rozwalcie tych, bo wam uciekną”, do strzelających od strony budynków krzyknął, że jeśli nie przestaną, to podpali budynki. 

   Ściemniło się i pojechaliśmy dalej. 
Po około 200 m. znowu od przodu padły strzały w naszą stronę. Wszyscy zaczęliśmy uciekać do tyłu. Chwyciłem za rękę chłopca, padliśmy na ziemię
 i zaczęliśmy się obaj wycofywać, ale w przeciwną stronę niż aelowcy. Okazało się, że to na „Cienia” niepodległościowcy zorganizowali zasadzkę. Gdybyśmy czołgali się w tamtym kierunku, moglibyśmy zginąć , przecież ci z NSZ nie wiedzieliby, kim jesteśmy. 
  


   Dotarłszy do wsi  - stukaliśmy do drzwi, ale ludzie przerażeni strzelaniną, nie chcieli otworzyć. Wreszcie 
w jednym z domów ktoś nas wpuścił, bo gospodarz znał mego ojca, a córka gospodarza okazała się moją koleżanką ze szkoły powszechnej. Gdy wyznałem, że uciekliśmy z rąk „Cienia”, powiedział, no to dobrze trafiliście, bo ta część wsi jest NSZ, a druga część to „komuniści.” 

    Okazało się, że „Ząb” miał wtedy szczęście, bo tuż przed przyjazdem oddziału aelowców do dworu józwowego został nagle zawezwany rozkazem i wyjechał unikając niebezpieczeństwa.